Albański piesek i zmiany planów.

Rano budzi mnie czyjeś ciamkanie. Coś lub ktoś intensywnie buszuje w namiocie. Z początku ignoruję hałasy. Jestem jeszcze zmęczony.  Kiedy już czuję się na siłach podejmuję coranną trudną decyzję! Wychodzę! Ku mojemu zdziwieniu jedna z sakw leży dalej od pozostałych. Kiedy zaglądam do niej wszystko staje się bardziej zrozumiałe. Rexi, młody wilczur właścicieli, obałamucił suszoną wołowinę, która dość szczelnie zapakowana i umieszczona na dnie sakwy została skutecznie rozerwana. Oczywiście nie zostało jej zbyt wiele. Cóż, pozostaje wierzyć, że zaspokoiła psa podniebienie 🙂

Przeciągam się i ziewam na zmianę. Rzucam okiem na okolicę i górzystą Albanię. Panująca aura wprowadza we mnie niepokój. Wszędzie robi się czarno i słychać echo pobliskich nawałnic. Kiedy pierwsza z nich do mnie dociera, poznaję nieco lepiej posiadłości właściciela. Juli to Albańczyk z krwi i kości. W Gijrokastrze mieszka całe życie. Miał wiele okazji co by opuścić rodzinne miejsce. Po wspólnej namowie z małżonką postanowił rozkręcić tutaj interes. Jestem świadkiem jego początków. Zabawnym jest to, że Juli nigdy nie był na kempingu a sam go otwiera. Zainspirowała go… para Polaków, którą kiedyś gdzieś tam podwoził. Nasi ojczyźniani autostopowicze zachwalali poznane okolice i uroki tej formy podróży. Narzekali trochę jednak na niewielką ilość bezpiecznych miejsc gdzie można rozbić swój namiot. I w tym właśnie momencie Juli zrozumiał jaki interes chce zacząć. Stoi tutaj dość duży dwupiętrowy dom jednorodzinny. Juli i Jenny (tak się mi przedstawiała jego partnerka 🙂 ) mieszkają wspólnie z rodzicami i z całkiem niedawno narodzonym dzieckiem. Jest też oczywiście wcześniej wspomniany pies 🙂 Przed domem posiadają niewielki ale bardzo zadbany i krótko przystrzyżony trawnik, na którym obecnie stacjonuję. Obok, średnich rozmiarów żwirowy parking dla potencjalnych kamperów. W dobudówce znajdują się dwa bardzo schludne i świeżo wyremontowane prysznice. Jest jeszcze altana, która wkrótce ma posłużyć za grila i miejsce spoczynku. Ta jednak część budowy wciąż jest na etapie surowym. Juli zaczyna mnie dopytywać jak udało mi się tutaj trafić. Wyjaśniam, że za pomocą kilku młodych sąsiadów. Sam Juli chłopaków dobrze zna i bardzo mi chwali. Tłumaczy, że jeszcze nie ma tu znaków bo obawia się, że nie podoła wówczas większej ilości gości. Póki co jestem tu sam. Widząc chwilowe przejaśnienia decyduję się na krótki spacer po Gjirokastrze.

Mieścina położona na zboczu góry tętni życiem. Cały czas ktoś coś pokrzykuje, inny trąbnie i pohałasuje. Kilka większych ulic tworzy centrum miasta. Wszędzie mnóstwo piekarni w których skosztujecie popularnego tutaj byrka. To nic innego jak tłuste ciasto francuskie z dowolnymi nadzieniami. I tak właśnie konsumuję sztuk kilka. Eksploruję okolicę dalej. Szukam jakieś knajpki. Zatrzymuje mnie wołanie. Niejaki Altin zachęca mnie żebym to właśnie u niego uzupełnił kalorie. Kilka minut później wcześniej ubita owca leży na moim stole. W trakcie posiłku jestem pytany jak podróżuję i czemu właśnie do Albanii. Kiedy Altin dowiaduje się o rowerze sam wskazuje na swój i dumnie przytacza różne swoje rowerowe eskapady. Czas zobaczyć coś więcej i dziękuję Altinowi za pyszne danie. Jednak kolejna burza zmienia moje plany. Czekam aż przejdzie i widząc w oddali kolejne wracam na swoje graty. W telefonie sprawdzam prognozy pogodowe. Będzie tylko gorzej. Na dzisiejszym dniu tutaj nie poprzestanie. Miałem jechać na drugi kraniec Albanii. Juli skutecznie odradza mi takie plany. Tłumaczy, że nadchodzące warunki będą niebezpieczne a drogi którymi miałbym jechać mogą stać się nawet nieprzejezdne. Po długich namysłach godzę się z opcją powrotu w stronę wybrzeża gdzie pogoda jest znacznie spokojniejsza. Kolejne nawałnice przechodzą chmarą. Nie działa prąd i wszystko zamarło. Jenny tłumaczy, że to tutaj normalne. Zasilanie wyłącza się z premedytacją na czas takich anomalii. Kiedy robi się wieczór na kemping zajeżdża całkiem luksusowy kamper. To para starszych Słoweńców, którzy coś tam narzekają na tutejszą nawigację i swoją mapę. Juli znowu tłumaczy dlaczego nie łatwo tutaj trafić 🙂

Nazajutrz opuszczam okolicę. Jak tylko wyruszam widzę jak kolejne burzowe fronty zaczynają napływać z każdej strony. Dosłownie udaję się w ucieczkę w stronę morza. Tego dnia pedałuję 200 km w stronę Durres. Po drodze jednak mają miejsce ciekawe wydarzenia. Na jednym z postoi dostrzegam wychudzonego i wyjącego psa przywiązanego „na krótko” do szyldu powalonej już reklamy. Robię wstępny obchód i rozumiem, że zwierzak jest wręcz torturowany. Biję się z myślami i rozglądam nerwowo. Czy ratując tego psa zachowam się głupio czy honorowo? Jakiś człowiek w polu kieruje do mnie różne gesty. Nie mam pewności jakich ich jest przekaz i o co właściwie chodzi. Robię szybką kalkulację i decyduję się psa uwolnić. Walczę z jego obrożą. Pogniła zupełnie i sprawia nie lada problemy. Nerwy mi puszczają i rzucam mięsem w etery. W końcu! Psina jest wolna i gdzieś sobie ruszyła. Wsiadam szybko na rower i sam daję nogę. Kilka chwil później dopada mnie okrutne swędzenie. Czuję jak postępuje. Idzie zwariować. W panice wylewam na siebie wszystkie posiadane butelki wody. Nareszcie. Przestało. W czym musiał być ten pies i ile to jego przywiązanie trwało?

Jeszcze dojeżdżając do Durres podejmuję decyzję na dzień kolejny. Czas zajrzeć do innych okolicy i ruszyć do Tirany, Albanii stolicy.

robinsonada-rowerowa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s