Albania. Wybrzeża rowerowych wyzwań.

Kiedy rano budzę się na parkingu w namiocie czuję na sobie grubą warstwę soli. Na szczęście to nie ta powstała w wyniku potu, ale ze wczorajszej kąpieli w dość mocno zasolonym Adriatyku. Rower wciąż jest ze mną. Nikt się po niego nie pofatygował ku mojemu zadowoleniu. Swoje chwiejne i mało zgrane kroki kieruję do pobliskiej knajpki, której właścicielka zezwoliła mi na kemping na parkingu. Niestety chyba skutecznie odstraszam mocno zapuchniętymi oczami i wyraźnym na pierwszy rzut oka zmęczeniem. Czekam już chyba pół godziny na kawę kiedy widzę, że pozostali Klienci są stale obsługiwani. Nie mam czasu teraz roztrząsać czy zostałem zignorowany czy zapomniany. Trzeba jechać dalej. W każdym bądź razie to pierwsza i ostatnia dość niemiła sytuacja w trakcie tego wyjazdu. Kiedy pakuję swoje rzeczy to zdaję się być także obserwowany. Nic z tego nie rozumiem. Przecież wczoraj jeszcze z uśmiechem na twarzy zostałem bardzo przyjaźnie tutaj potraktowany. No nic. Jadę dalej!

Po kilkunastu kilometrach mym oczom ukazuje się potężny grzbiet wybrzeża. Kiedy powoli droga zaczyna piąć się ku górze zaczynam się zastanawiać czy rzeczywiście prowadzi na szczyt tej naprawdę wysokiej skały. Tak. To trasa, która zaprowadzi mnie do Narodowego Parku Llogary. Znaki informujące o nieprzyzwoitym nachyleniu zaczynają się mnożyć na zakrętach. 37 stopni upału skleja moje ogumienie z nawierzchnią, a bieżnik zaczyna piszczeć. Dość szerokie opony są teraz moim znacznym utrudnieniem. Do samej góry towarzyszy mi najniższe możliwe przełożenie. Muszę uważać. Jadę tak powoli, że trudno o utrzymanie prostej trajektorii. Na drodze robi się tłoczno bo okolica zdaje się być popularnym tutaj regionem. Za chwilę to zrozumiem kiedy w szerzej perspektywie zobaczę co mnie czeka. Zasiadam na zadaszonym tarasie przydrożnego sklepu. Od właścicielki dostaję wręcz lodowatą wodę, której sztuk w butelkach biorę ile mogę. Próbuję wyostrzyć wzrok  i wypatrzeć gdzie prowadzi moja trasa. Mym oczom ukazują się połyskujące nadwozia samochodów z powolna pnące się po długiej serpentynie zakrętów. Zaczynam się nastawiać odpowiednio w swoje głowie na nadchodzące wyzwanie. Kolejne kilometry przemierzam nie tylko stromo pod górę ale w pełnym słońcu. Trudno tutaj o kawałek cienia dlatego wykorzystuję każde pojedynczo stojące przydrożne drzewo. Staram się odpoczywać na stojąco. Wiem, że jak się położę lub usiądę to potem będzie naprawdę ciężko. Mam to do siebie, że jak jestem zmęczony to odbija mi palma i gadam głupoty. Zaczynam nieudolnie śpiewać pod nosem 🙂 Z czasem także komentuję na głos pobliskie widoki. Kiedy jednak jestem na górze zaczynam rozumieć dla czego jest tu tak tłumnie. Szczyt Parku Llogary to piękne wysokie sosny rzucające wymarzony cień na okolicę. Aż chwilami powiewa chłodem. Pojawiają się także kraniki z ogólnodostępną wodą. Uzupełniam butelki a niedługo później także kalorie. W trakcie oczekiwania na posiłek wyglądam na drugą przełęczy stronę. „O w mordę!” – niemalże wykrzykuję przy stole. Co za droga w dół moi mili. W takich chwilach człowiek rozumie, że warto było prawie wyzionąć ducha jadąc kilka godzin pod górę. Druga strona to skalisty i niezalesiony obszar, który przecina wyraźnie widoczna droga wyginająca się we wszystkie możliwe strony tak aby umożliwić jak najmniejszy pochył dla kierowcy. Kiedy już zaczynam sunąć w dół zdaję sobie sprawę, że pomysłodawca tej drogi miał niezłą zabawę. Do samego Adriatyku zjeżdżam z przyciśniętą klamką na kierownicy. Z zacisków hamulcowych dobywa się coraz dziwniejszy zapach. Nieuniknione są chwilowe postoje. Nieco ponad godzinę jadę w dół i podziwiam palone słońcem nabrzeże. Jest tak gorąco, że wydaje się ono być czerwone. Po pokonaniu jeszcze kilku podjazdów trafiam na kemping w Himarze.

Mój namiot bardzo się wyróżnia. Wszystkie pozostałe są białe, po to, aby przyciągać możliwie jak najmniej promieni słońca. Warunki trochę spartańskie. Prysznice zrobione na patencie. Tu coś się przechyla, tam uderza i wymarzona woda drobnym, ale kojącym ciurkiem się leje. Jest tu i bar, którego oczywiście zignorować nie mogę. Zamawiając pierwszy złocisty trunek zostaję zaczepiony przez autostopowiczkę z Niemiec i także podróżującego z uniesionym kciukiem Francuza. Wieczór spędzamy na wymianie przeżytych przygód i zebranych doświadczeń. Miedzy naszymi nogami gania całkiem pokaźny miot szczeniaków, które co jakiś czas szukają swej matki w celu zaspokojenia swojego głodu. Ale wyobraźcie sobie kilkanaście szczeniąt stale ssących to co mamowe. Dlatego od czasu do czasu ganiamy za psiakami co by dały odpocząć głowie rodziny. Reszta wieczoru to lekcja tego jak dobrze złapać stopa. Nie wiem czy skorzystam bo przypadła mi już inna podróżowania forma 🙂

wybrzeze-2

Rano czynię te same honory. Wszystko idzie bardzo sprawnie. Nabrałem w tym wprawy. Dlatego po niecałej godzinie jestem gotowy i wyjeżdżam z Himary. Przy drodze mijam luźno pasące się krowy i osły. Zza zabezpieczających drogę krzaków i murków słychać donośne kozy. Dzisiaj pierwszy raz mijam turystów na dwóch kółkach. „Boże, jak dobrze” – myślę sobie, że nie tylko ja mam nie po kolei w głowie. Za chwilę, ku mojemu zdumieniu, jeszcze kolejny cyklista coś do mnie macha i jeszcze pyta „Skąd jedziesz? Gdzie Jedziesz”. To obywatel Francji, który podobnie jak ja wybrał się na indywidualną eksplorację bałkańskich krajów. Spędzamy kilka minut na rozmowie w trakcie której dowiaduję się żebym zmienił plany i jechał na Macedonię 🙂 Po rozstaniu trzymam się jednak swojego planu. Jadę do Gjirokastry. Aby się tam dostać przekraczam pasmo wysokich gór i już przy zachodzącym słońcu staję w jakimś polu. Niestety dzikie psy wprowadzają we mnie niepokój, a rodzinka z Polszy namawia na rozstawienie w mieście swojego namiotu. Problem jest jeden. Za chwilę będzie ciemno. Podejmuję jednak ryzyko i kolejnych 20 km jadę trochę po omacku. Czołówka coś świeci, ale oczy zmęczone i trzeba uważać na drogę. Co jakiś czas spoglądam w telefon gdzie napływają kempingu dane adresowe. Jakiś Albańczyk nawet prowadzi i pokazuje mi drogę. Jednak kierunek jego podpowiedzi prowadzi do centrum Gjirokastry. Intuicja podpowiada, żeby zignorować pana. Jadę na obrzeża. „To tutaj” – mówię do siebie i potwierdzam adres w telefonie. Tylko… tu nic nie ma. Samo pole. Jest już 22, a ja krążę i krążę. Siadam już zrezygnowany na krawężniku i nastawiam się na najgorsze czyli szukanie miejsca po ciemku za miastem. Nagle na kompletnie wyciemnionej drodze widzę trzy sylwetki drobnych postaci. Pytam mniejszych ode mnie towarzyszy czy wiedzą który dom to pokazane w telefonie dane adresowe. Chłopaki żwawo dali kroku i już chwilę później stałem po drzwiami jednego z rodzinnych domów. Niejaki Juli jeszcze w piżamie otwiera szeroko bramę. Tłumaczy przez chwilę, że jeszcze nie ma tu znaków bo stan nieco surowy i na dużą ilość gości nie jest gotowy. Sił brakuje już na dłuższe rozmowy. Po papierosie i piwie udajemy się w swoje strony. Jutro tu zostaję więc nadrobimy dialogi.

A tak to widziała kamera.

robinsonada-rowerowa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s