Albania. Zderzenie kontrastów i droga w Góry Przeklęte.

Oj dawno już nie pofatygowałem się o to żeby cokolwiek napisać. Nie specjalnie mnie do tego też ciągnęło, przyznam bez bicia. Zwolnienie lekarskie i minusowe temperatury panujące za oknem zachęciły mnie jednak do tego aby wrócić wspomnieniami do upalnej Albanii którą podziwiałem z perspektywy dwóch kółek i podzielić się z Wami swoimi przeżyciami i spostrzeżeniami.

Za nim jednak dotarłem na miejsce spotkałem się z częstymi ostrzeżeniami dotyczącymi tego własnie regionu. Wg wielu lepiej byłoby żebym nie jechał do Albanii ponieważ „to dziki kraj”, „sami muzułmanie” (jakie to ma znaczenie?), „okradną cię” itp. Więc podsumuję to tak. W dotychczas odwiedzonych bałkańskich krajach, najbardziej niemiłe doświadczenie w postaci kradzieży części mojego bagażu, spotkało mnie w najbardziej cywilizowanym z nich i była to Chorwacja. Stereotyp dotyczący Albanii zupełnie się nie potwierdził a sami ludzie okazali się bardziej wspaniali niż mógłbym przypuszczać.

Aby rozpocząć swoją kolejną rowerową przygodę musiałem w jakiś sposób dotrzeć na miejsce. Podobnie jak rok wcześniej wykupiłem bilet na autokar i za dodatkową opłatą wrzuciłem na pakę swój rower który wcześniej umieściłem w kartonie. W poprzednim sezonie w trakcie wielogodzinnej drogi na miejsce startu czułem się nieco osamotniony w busie w którym zdecydowana większość ludzi była urlopowiczami rodzaju mało ruchliwego tzn. plaża, basen, restauracja itp. Oczywiście to nie jest tak, że jestem jakimś zacietrzewionym krytykiem tej formy turystyki, ale po prostu trudno było znaleźć kompana do wymiany zdań na temat wspólnych zainteresowań i poglądów. Tym razem spotkała mnie miła niespodzianka. Jeszcze w Krakowie do autokaru dosiadła się para rowerzystów, która za swój cel objęła region zwiedzany przeze mnie rok wcześniej, dlatego tez chętnie podzieliłem się  wskazówkami i zaproponowałem miejsca warte odwiedzenia lub lokalizacje gdzie można bezpiecznie spędzić noc i odpocząć w doborowym towarzystwie. W Katowicach jeszcze bardziej przecieram oczy ze zdumienia. Kolejne trzy osoby pakują rowery do luku bagażowego. Ich zaś „goni” również tam gdzie rok wcześniej udało mi się zajrzeć na krótką chwilę czyli m. in. do Czarnogóry. Widząc tak dużą grupę zapaleńców rowerowych dodało mi to animuszu. Zrobiłem się też spokojniejszy. Jakby nie było podróżuję sam, a to potęguje stres przed wyprawą.

W końcu! Po około 30 godzinach wybitnie męczącej drogi autokarem, rozprostowuję nogi na jednej z albańskich stacji benzynowych w Szkodrze. Kierowca szybko i z dość mało zrozumiałym dla mnie pośpiechem (byliśmy mocno przed czasem), wyjmuje karton z luku bagażowego i kilka chwil później zostaję już sam. Pierwsze momenty są trudne. Panuje nieprzyzwoity upał a moje ciało jest zmęczone podróżą odbytą w niezmiennej pozycji siedzącej. Dostaję jednak zastrzyk adrenaliny w wyniku bacznej obserwacji uśmiechniętych i zaintrygowanych albańskich twarzy wyglądających niczym surykatki zza okien swoich mercedesów stojących w absurdalnym  korku. Czując na sobie liczne spojrzenia zaczynam ostrożnie rozpakowywać karton. Nauczony zeszłorocznym doświadczeniem (okradziono mnie z kamery i innych cennych rzeczy właśnie w trakcie rozpakowywania) rower składam tak aby stale mieć w polu widzenia pozostały bagaż. Obiecuję też sobie w myślach, że tym razem nie dam się zagadać choćby nie wiem jak bardzo był szczery i przekonujący potencjalny zainteresowany Albańczyk. Z całym szacunkiem dla niego 🙂

Rower soi już na dwóch kołach. Sakwy na swoich miejscach. Namiot też na pewno nie wypadnie. Ze mnie natomiast leje się jak z cebra. Patrzę na mapę i próbuję zlokalizować wcześniej sprawdzony w internecie kemping. Jestem w Szkodrze, a po drugiej stronie miasta na wybrzeżu Jeziora Szkoderskiego jest miejsce gdzie będę mógł odpocząć i zaadaptować się nieco do środowiska. Wsiadam zatem i… szybko zeskakuję z roweru. Znowu wsiadam i ponownie zdejmuję tyłek z siodełka. Nie wiem co się dzieje. Nie jestem w stanie złapać równowagi. Tak, rower jest ciężki, ale bez przesady. O co chodzi? Wpadam w małą panikę. Zaczynam się zastanawiać czy to rzeczywiście kilogramy w sakwach są tego powodem czy może moje zmęczenie. Na szczęście po kilku kolejnych próbach zaczynam czuć rower i ruszam. Przejeżdżam przez całe miasto i doznaję szoku kulturowego. Po pierwsze Albańczycy jeżdżą jak chcą. Dosłownie i literalnie prowadzą samochody totalnie wg swojego uznania i potrzeb. Dlatego też niech nie zdziwi Ciebie auto zaparkowane na środku drogi, lub jadące pod prąd.. Szczerze? To było fantastyczne. Czułem, ze coś się dzieje. Uśmiechnięty i z niedowierzaniem dalej przedostawałem się przez to skromne, nisko zabudowane miasto z dużym białym i strzelistym meczetem w jego centrum. Dosyć szybko orientuję się również, że panuje tu ogromny smród. Śmieci zalegają wszędzie. Trudno o tradycyjny dla nas kosz na np. przy większym skrzyżowaniu lub przejściu. Tutaj prędzej znajdziesz przepełniony kontener, który jest stałym obiektem zainteresowań biedniejszych Albańczyków. Sam pojemnik na śmieci i jego otoczenie nie wskazuje aby był regularnie opróżniany. Jednak to co najbardziej rzuca mi się w oczy w trakcie tej przejażdżki przez miasto to wszechobecne uśmiechy na twarzach tych ludzi. Już na pierwszy rzut oka widać, że to także temperamentne osoby, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wkrótce opuszczam miasto i przez chwilę pedałuję po jego obrzeżach, których zapach zupełnie nie dociera do moich synaps a mózg nie jest w stanie zliczyć jak dużo różnych składowych może mieć wpływ na tak silny smród. Przy drodze leżą rozjechane zwierzęta, obok których oczywiście nie brakuje śmieci, a kawałek dalej widać niewielki pożar w którym palą się nie tylko suche trawy od nieprzyzwoitego upału ale także elementy rożnych urządzeń. W końcu droga zaczyna mnie prowadzić bezpośrednio w stronę jeziora. Mijam bramę kempingu i… uderza mnie poziom czystości i jako takiego ładu. Nie tego się spodziewałem po kilku godzinach obserwacji otoczenia od chwili opuszczenia autokaru. Prowadzę rower po krótko przystrzyżonej trawie. Swój namiot mogę rozstawić pod dachem chroniącym przed słońcem. Wieczorem biorę wymarzoną kąpiel pod bardzo schludnym prysznicem. Chwilę później jem posiłek i spaceruję z piwem w dłoni po molo gdzie delektuję się widokiem zachodzącego słońca nad Jeziorem Szkoderskim, którego wody dzielą państwa Albanii i Czarnogóry. To zderzenie dwóch światów, brudu, syfu, smrodu i nagle tej niespodziewanej czystości i komfortu, sprawia, że zaczynam zdawać sobie sprawę, ze znalazłem się w kraju kontrastów. Tutaj bieda i bałagan miesza się z wygodą i przepychem. Chwilę temu mijałem rykszę zbudowaną z taczki i koła od roweru żeby za chwilę zawiesić oko na złotym Mercedesie. Jeszcze dobrze nie zacząłem swojej rowerowej przygody a Albania zdążyła mnie storpedować swoim prawdziwym obliczem. Nie mogłem się doczekać kolejnego dnia w trakcie którego udałem się w najtrudniejszą rowerową drogę mojego życia, a dokładniej w Góry Przeklęte..

Rano budzę się z ogromnym zapałem. Nie mogę uwierzyć, że można mieć tyle siły i ochoty do działania po tak długiej podroży autokarem i pierwszym pełnym wrażeń dniu. A jednak! 7 rano, a ja już po szybkim chłodnym prysznicu jestem gotowy do składania namiotu i reszty ustrojstwa. Tak wczesna pora pobudki spowodowana jest tym, ze spodziewam się całodziennej drogi pod górę. W tym momencie jeszcze nie byłem świadom tego jak dużym wyzwaniem będzie dla mnie nadchodzący dzień.

Podekscytowany i jeszcze przy porannej i w miarę przyzwoitej temperaturze przemierzam pierwsze kilometry w wyznaczonym kierunku. Co jakiś czas wyjmuję kamerę i gadam do niej od rzeczy parę słów 🙂 Kiedy moim oczom ukazują się czekające mnie wzniesienia zaczynam sobie zdawać powagę z sytuacji. Czeka mnie wjazd na wysokość niemalże 2 km, a z tyłu głowy wiem, ze mój organizm jeszcze na dobre nie przyzwyczaił się do panujących warunków a co dopiero do tak gwałtownej zmiany wysokości. Nie mam wyboru. Mam kilkanaście dni na eksplorację Albanii i po prostu dzisiaj muszę dotrzeć na drugą stronę przełęczy do Theth, wioski odizolowanej od świata, położonej w dolinie Gór Przeklętych.  Pod górę prowadzi wąska, ale asfaltowa droga. Jedzie się całkiem przyjemnie. Jeszcze kilka lat temu, ta dzisiaj z rzadka wyboista trasa, była pokryta gruzem. Natomiast z uwagi na rosnącą popularność tego regionu została ona wyremontowana. Co jakiś czas mijają mnie auta a ich kierowcy pozdrawiają mnie pokrzykując lub machając. Każdy kto miał okazję być na Bałkanach wie też, że normą jest tutaj trąbienie na każdym zakręcie. Jest to nie tylko forma ewentualnego pozdrowienia ale przede wszystkim ostrzeżenia pozostałych pojazdów zbliżających się do tego samego zakrętu. Z początku niektórym z nas może być się ciężko do tego przyzwyczaić ponieważ w Polsce klaksonu używa się ze znanych nam i mniej nacechowanych pozytywnie powodów. W każdym bądź razie częsty doping Albańczyków dodaje mi kopa i coraz pewniej pokonuję kolejne podjazdy. Otaczają mnie piękne skaliste góry. Mijam luźno pasąca się zwierzynę, stare mercedesy, jakąś szubienicę i małe domki gdzieś pojedynczo rozlokowane i wtapiające się w skalisty krajobraz.

Jest naturalnie. Jest prawdziwie. To mnie elektryzuje i czuję, że mogę dzisiaj wszystko. Chwilę później leżę plackiem w cieniu odosobnionego drzewa i w myślach (trochę też na głos do kamery) wołam o pomoc 🙂 Jest źle. Robi mi się zimno, a przecież jest upał. Zaczyna mnie to niepokoić. Przez chwilę zastanawiam się czy aby nie wracać. Jest już popołudnie a ja od rana jadę pod górę. Dojeżdżam do małej wioski Boge położonej w granicach 15-20 km od szczytu przełęczy. Jestem częstowany orzechami przez tutejszych, którzy dopytują skąd jadę i dokąd. Zdumieni upewniają się czy po tak długiej drodze od jeziora na pewno chcę dalej jechać ku górze. Przestrzegają także przed tym co mogę zastać po drugiej stronie już w godzinach wieczornych. Ich reakcje trochę mnie niepokoją, ale jednocześnie dają przypływ adrenaliny. Nie ma na co czekać! Czas ruszać dalej! Przejechawszy może kilometr od Boge zsiadam z roweru i walczę ze skurczami. Zaczynam pchać rower ku górze. Jednak to rozwiązanie wcale nie staje się wygodniejsze a w dodatku zaczyna mnie samego trochę upokarzać 🙂

Niemalże przy zachodzącym słońcu staję na górze przełęczy. Dudni mi w uszach. Czuję, że szybka zmiana wysokości zmienia również mój głos. Muszę się spieszyć. Robi się późno, a mnie czeka jeszcze kilkanaście kilometrów serpentyn zakrętów, które zaprowadzą mnie już do samej doliny. Jednak droga po drugiej stronie przełęczy to już nie przelewki. Nie można tego nazwać żwirem. To porostu mniej lub bardziej luźne skały które z czasem użytkowania przez pozostałych zaczynają się rozdrabniać. Staram się jeszcze skoncentrować, ale niestety coraz częstsze skurcze i zmęczenie doprowadzają do dwóch upadków. Już w świetle czołówki sprawdzam czy jestem cały. Jakimś sposobem nawet się nie zadrapałem. Jest już 22 kiedy staję pod drzwiami dowolnie wybranego domu. Okazuje się być jakimś pensjonatem. Pytam właściciela czy udostępni mi kawałek trawnika i za 1 euro znajduję się w upragnionym namiocie. Jestem wykończony ale dumny i zachwycony kończącym się dniem w trakcie którego kilkukrotnie zmagałem się z samym sobą. Tylko jak ja teraz stąd wrócę…?

Jeżeli dotrwaliście do tego momentu to zapraszam na wersję wideo powyższych zdarzeń 🙂

Mapa trasy: Szkodra – Theth

robinsonada-rowerowa

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s